You’d be so perfect with me…
31 Marzec 2009
Oto moje piosenki o mojej miłości…
I’ve been watching your world from afar,
I’ve been trying to be where you are,
And I’ve been secretly falling apart, unseen.
To me, you’re strange and you’re beautiful,
You’d be so perfect with me but you just can’t see,
You turn every head but you don’t see me.
I’ll put a spell on you,
You’ll fall asleep and I’ll put a spell on you.
And when I wake you,
I’ll be the first thing you see, lyric’s top
And you’ll realise that you love me.
Sometimes, the last thing you want comes in first,
Sometimes, the first thing you want never comes,
And I know, the waiting is all you can do,
Sometimes…
I’ll put a spell on you…

Spring is yet to come.
30 Marzec 2009

Tak jak na kochanego Marka wiosna działa, mi kompletnie uderzyła do głowy. Nie czułam się tak pewnie i tak dobrze od dawna. Uśmiecham się nieustająco – mam nadzieję, że ktoś to zauważył… ; ) Wszystko mnie cieszy, niczym się nie martwię, nawet mam ochotę się uczyć! Tak długo czekałam na ten moment. Czuję się świetnie. Dla ogólnej wiadomości – nie, nie zakochałam się! Po prostu, czuję się wspaniale. Nareszcie…
Coś tak czuję, że wszystko wróci do “normy” 4 maja… Akurat w moje imieniny. No trudno. Pozwólcie zatem nacieszyć mi się ostatnim miesiącem radości. Buuuuzi.
Nagle.
23 Marzec 2009

Jest dokładnie tak jak sobie wymarzyłam. Jest dokładnie odwrotnie. Z jednej strony jest tak jak planowałam, a z drugiej wszystko idzie nie po mojej myśli. To chyba nie tak miało być… Chyba nie tak ma wyglądać moja historia. Ostatnie kilka dni przynosi tyle nagłych zmian. A ja nie mam teraz czasu na zmiany. Jest wspaniale… ale co chwila zatrzymuję się i wiem, że nie tak powinno być. Nie wiem co mam z tym wszystkim zrobić. Chyba za mało to skontrolowałam, przemyślałam… ‘Niech się dzieje co chce…!’. I co teraz? Co mam zrobić teraz, kiedy jestem jednocześnie szczęśliwa i przerażona? Wszystko się układa, a ja się gubię…
Niewykonalne.
19 Marzec 2009
” Kobieta, którą kochał, nie była piękna. Ale pamięta ł jej zapach, mógłby marzyć godzinami o jej zapachu, zapachu jej ust, dłoni, jej włosów, o tym jak pachniała rankiem, a jak wieczorem, jak pachniała po miłości, a jak wtedy gdy czekała na miłość. Mógłby godzinami opisywać jej dotyk – szorstki i przyjacielski, ciekawy, niedbały, czuły. Dotyk oczekiwany godzinami, zmieniający czas i przestrzeń. A smak? Mógłby smak jej łez rozłożyć na maleńkie cząsteczki, a i tak każda z nich zapełniałaby jego wszechświat. A jej dłonie? Dłonie o delikatnych długich palcach, dłonie znurzone, dłonie kochające, dłonie czułości nie do zaspokojenia, dłonie delikatne, dłonie przygarniające, obejmujące, dłonie podnoszące głowę. I oczy. Jakie ona miała oczy! Czasem śmiała się do niego – szczególnie wtedy, kiedy nie mógł nasycić się jej bliskością. Cieszyła się z jego miłości, a on delikatnie dotykał jej twarzy gdy spała. Czuł każde drgnienie powietrza. Wdech i wydech…”
” Pamiętam jak oglądałam jego dłonie po raz pierwszy. Były duże, szerokie, twarde, a wszystko co na nich znajdowałam opowiadało historię, która mogła stanowić dopełnienie tego co zawierały moje dłonie…”
[o tym właśnie marzę...]
Rozmowa.
19 Marzec 2009
Zainspirowana dzisiejszym milczeniem przy oknie (dziękuję P…), piszę znów. Kolejny cytat. Tym razem z filmu. To ciekawe, że ktoś napisał dokładnie to co kiedyś czułam…
” Rozumiem każde, nawet najbardziej błahe uczucie i wiem co to znaczy prawdziwe cierpienie. Nic nie może ci pomóc. Nocą, przed snem, nadal rozpamiętujesz wszystkie szczegóły i zastanawiasz się czego nie zrozumiałaś i gdzie w tym wszystkim widziałaś szczęście. A nawet masz nadzieję, że on wreszcie przejrzy na oczy i wróci. Potem mija jakiś czas, zmieniasz środowisko, jesteś znowu ceniona i powoli dochodzisz do siebie. A wszystkie lata, które zmarnowałaś powoli odchodza w niepamięć…”
Marzenie.
18 Marzec 2009
Nie mogę doczekac się matury. Nie – nie pomyliłam się. Nie mogę się doczekać jej i jej końca. Nie mogę doczekać się wakacji i kolejnego wyjazdu do mojej Jastarni, bym wreszcie po raz kolejny mogła pływać. Nie mam pojęcia skąd mi się to nagle wzięło. Po prostu któregoś dnia wstałam i powiedziałam: ‘Mamo, Tato, będę pływac na desce!’. Namówiłam jakoś mojego braciszka i wybraliśmy się na obóz do (teraz ukochanej) szkółki Boards. Wybraliśmy sią nad moją ukochaną zatokę, nad moje ukochane morze… Pierwsze lekcje były straszne. Czasami byłam na granicy płaczu, kiedy na rękach pojawiały się rany, a ja nie mogłam przepłynąć kilku metrów, bo przeszkadzały mi kilkucentymetrowe fale…
Żadne słowa nie opiszą uczucia jakie towarzyszy tej jedynej chwili… kiedy wreszczei ‘po trudach i znoju’ wpadasz w ślizg…! Wiatr świsczy Ci w uszach, nabierasz coraz większej i większej prędkości, czujesz jak dziub, a później cała deska odrywa się od wody… w końcu w wodzie zostaje tylko statecznik… a Ty…? lecisz…
Taki najprawdziwszy ślizg przeżyłam narazie tylko raz, bo tylko raz podczas moich pobytów w ‘raju’ była ku temu odpowiednia pogoda. Walka z żywiołem, jak określiła to Kasia. Tak wyglądał początek dnia, ale gdy tylko przypięłam się do żagla… ruszyłam przed siebie, masakrując doszczętnie każdą falę spotkaną po drodze. Wszyscy krzyczeli za mną: ‘WYOSTRZ!’, ale ja nie mogłam oprzeć się pokusie i wykorzystałam jak najlepiej kolejne godziny…

Wylądowałam w rowie. Tam nie było już tak ciekawie. Nie potrafię wykonać jeszcze profesjonalnego startu z wody, więc zaczęły się schody. Wpadłam do wody i trzymając za wał startowy próbowałam płynąć w stronę brzegu. Zaplątałam się w sieci… Świetnie. Nawet mój instruktor nie zauważył mojej nieobecności… Jeden jedyny Przemek zauważył, że sobie nie radzę… Wspólnymi siłami, jakoś wydobyliśmy mnie z przepastych czeluści rowu… : )
Jeden z najciekawszych dni w wodzie… : )
Modi
18 Marzec 2009
To mama zaraziła mnie tą fascynacją.
Amedeo Modigliani spotkał najważniejszą kobietę swego życia w Akademii Colarossi w marcu 1917 roku. Jeanne Hébuterne miała wtedy 19 lat; studiowała malarstwo i rysunek i była już prawie dorosłą dziewczynką – ale jeszcze chyba tak bardzo nie czekała na Kogoś w swoim życiu. Tym bardziej na mężczyznę starszego od siebie o 14 lat, o którego burzliwym życiu krążyły już po Montmartre prawdziwe legendy: w życiu tego mężczyzny było już tyle kobiet i tyle różnych chwil – zarówno tych całkiem niezłych, jak i tych najgorszych – że każda normalna i dbająca o swe dobre imię młoda dama dałaby sobie natychmiast spokój z taką znajomością.
Ale po całej wieczności zaskoczenia, poczucia winy i po opamiętaniu – w życiu Jeanne przyszedł czas na fascynację: z tego uczucia i z nieoczekiwanej miłości do Amedeo już nigdy wyzdrowiała. Nawet wtedy, kiedy już stwierdziła w sobie to uczucie: z wielkim przerażeniem, wbrew wszystkiemu i wszystkim, wbrew sobie.
Jeanne nie chciała wyzdrowieć.
Wkrótce po pierwszym zetknięciu się ich dwojga dusz i dwojga ciał – Jeanne Hébuterne i Amedeo Modigliani zaczęli być ze sobą razem już na stałe.
W lutym 1918 Jeanne zaszła w ciążę. Modi

Jeanne
tworzył podówczas grzecznie i ze względu na animozje panujące pomiędzy nim i rodziną Jeanne – nie byli przez pewien czas razem. Połączyli się na krótko przed porodem i 29 listopada 1918 roku na świat przyszła maleńka Giovanna.
Idąc do urzędu zarejestrować urodzenie córki Amedeo Modigliani upił się i nie dotarł tam, gdzie szedł i nie dokonał tego, po co wyszedł z domu. Giovanna została w związku z tym formalnie uznana za dziecko bez znanego ojca i dopiero po śmierci obojga rodziców została prawnie adoptowana przez rodzinę Modiglianich we Włoszech.
W maju 1919 Jeanne i Amedeo znaleźli się znowu w Paryżu i radości Modiglianiego nie było końca. Szef – Leopold Zborowski – wynajął im studio przy Rue de la Grande Chaumière i był to dla nich pierwszy, prawdziwy i wspólny dom: swego czasu piętro pod nimi mieszkał i tworzył sam Paul Gauguin. Jeanne była wtedy już znowu w ciąży.
Lato 1919 było dobre dla Modiglianiego: jego prace zaczęły osiągać wreszcie wysokie ceny. Na wystawie francuskiego malarstwa zorganizowanej przez Zborowskiego w Londynie jeden z obrazów Modiglianiego osiągnął najwyższą cenę, a nabywca – angielski pisarz Arnold Bennett – uznał bezwstydnie i publicznie, iż akty Włocha są odzwierciedleniem jego literackich wyobrażeń o kobiecości.
Jesień była już gorsza. Zdrowie Modiglianiego było w coraz gorszym stanie, nie przestawał pić i coraz częściej przychodziły kryzysy. Dotrwał jednak dzielnie do Nowego Szczęśliwego Roku 1920 i to w całkiem nawet dobrym stylu. Ale dwa tygodnie później jego czas zaczął się już kończyć.
22 stycznia 1920 mieszkający pod Modiglianimi malarz Ortiz de Zarate – zaniepokojony ciszą u sąsiadów z góry – wdarł się do studia państwa M. i zastał tam smutny obraz nędzy i rozpaczy. Modigliani leżał w łóżku zasłanym pustymi butelkami i puszkami po sardynkach, był na pół przytomny i bredził w delirium zwijając się z bólu. Obok łóżka trwała wiernie Jeanne, była w dziewiątym miesiącu ciąży i nie sposób było z nią nawiązać normalnego kontaktu.
Modliglianiego odwieziono do Ospedale della Charité i lekarze od razu uznali jego przypadek za beznadziejny. Zmarł 24 stycznia nie odzyskawszy przytomności. Przyczyną śmierci było zapalenie opon mózgowych na tle gruźliczym: widmo tej choroby towarzyszyło malarzowi od dzieciństwa.
Jeanne Hébuterne popełniła samobójstwo dwa dni potem wyskakując z piątego piętra domu, w którym starano się zatrzymać ją wśród żyjących.
Amedeo Modigliani został pochowany 27 stycznia 1920 na cmentarzu Pére Lachaise i w jego pogrzebie wziął udział chyba cały świat paryskiej bohemy początków XX wieku. Ciało Jeanne i ich nienarodzonego dziecka spoczywają w grobie tuż obok niego.
- „Ty tego nigdy nie zrozumiesz” – prychnęła z obrzydzeniem Pewna Pani, kiedy wyszliśmy z wystawy i stali na szerokich schodach z carraryjskiego marmuru. – „Żaden tępy samiec nigdy niczego nie zrozumie z duszy kobiety”.
Przytaknąłem posłusznie i chciałem Pewną Panią przytulić, ale dała mi zręcznie po łapach i ciągnęła dalej stanowczo: – „A czy zauważyłeś, że portrety Jeanne są bardzo różne ? Jedne są bardzo ciepłe i tkliwe, inne zimne i obojętne, a jeszcze inne – pełne pogardy i szyderstwa. Jaki zmienny i chimeryczny musiał być ten facet, wy wszyscy tacy jesteście!”
Przytaknąłem jeszcze bardziej posłusznie, a potem złapałem Pewną Panią za jej wspaniałą, gęstą i pachnącą grzywę – i powlokłem brutalnie schodami w dół, tak bardzo „po modi’emu”. Chciałem być już tylko sam i razem.
Wiedziałem przecież, że cokolwiek zrobię – Pewna Pani i tak pozostanie ze mną zawsze. Mimo, iż nigdy mi o tym nie mówiła.
Zainspirowana.
18 Marzec 2009
Nie wiedzieć czemu (wybacz P…), idąc śladami moich znajomych, zamieszczam fragment ksiązki przeczytanej kilka dni temu…
‘ Z jakichś powodów nigdy nie jest tak, jak sobie wyobrażę wcześniej. Dzieje się w ten sposób dlatego, myślę, że w świecie jest za dużo zmiennych, dużo więcej niż zdoła pomieścić moja wyobraźnia. Żadna wyobraźnia tego nie zrobi, chyba że jest natchniona, chyba że to będzie wizja. Ale możliwe jest też inne wytłumaczenie – gra z Bogiem – on daje wprawdzie fantazję i natchnienie, ale nie pozwala przewidzieć najbanalniejszych zdarzeń. Daje tępy nóż, papierowy młotek, szklany gwóźdź. Możliwe jest też, że wyobraźnia wyczerpuje w jakiś sposób rzeczywistość – to, co wyobrażone, nie może się już wydarzyć. I na odwrót – zdarzają się tylko rzeczy niewyobrażone. Mogłoby to znaczyć, że wyobraźnia i rzeczywistość czerpią z tego samego źródła, z poczekalni rzeczywistości. Naczynia połączone.
Może to tylko moja wyobraźnia jest taka kaleka. Może istnieją ludzie, którzy potrafią wszystko przewidzieć od razu i całkowicie lub przynajmniej przeczuć w jakichś ogólnych zarysach. Jasnowidzowie. Sucha autorytarna mądrość pasjansów. ‘
Banalne, wiem.
Prolog…
18 Marzec 2009
Przyszedł i na mnie czas : ) Proszę nie spodziewać się po tej stronie niczego szczególnego. To tylko kilka zupełnie nie związanych ze sobą wpisów o wszystkim i o niczym…

czerwień mojej krwi…